Egipt
W odwiedzinach u Sfinksa - Egipt od A do Z > E jak egipskie życie
E jak egipskie życie
Rozdział ten powinien być ostatni, gdyż chciałabym podsumować w nim to, co udało mi się w Egipcie zaobserwować. Co nas rozbawiło, zdziwiło, zaskoczyło lub przeraziło? Zacznę od tego, że w takim państwie jak Egipt nigdy nie chciałabym zamieszkać na dłużej niż miesiąc czasu. Nawet w tych wszystkich luksusach szybko by mi się znudziło. A poza hotelem nie wyobrażam sobie życia wśród arabskiej społeczności. Nie w tym rzecz, że są niemili bądź nieuprzejmi, oraz na ogół bardzo biedni. Po prostu nie chciałabym żyć na takim śmietnisku na jakim żyją oni. Nie wyobrażam sobie prowadzenia samochodu wśród takiego harmideru jaki tam panuje. Luksusowe wozy dzielą niekiedy pasy jazdy z osiołkiem. Samochody ciężarowe są tak załadowane, że czasami zastanawialiśmy się, jak takie auto jest w stanie w ogóle jechać. Na samochodzie osobowym podobnym gabarytem do naszego dużego fiata widzieliśmy niejednokrotnie pakunki sięgające dobrych kilka metrów w górę, przy czym w aucie również nie widzieliśmy wolnego miejsca, bo siedziało tam około ośmiu czy dziewięciu pasażerów. Na małych motorkach podróżują całe rodziny, czasami nawet po pięć osób. Tata kieruje pojazdem siedząc niemal na kierownicy, za nim dwoje małych szkrabów prawie jeden na drugim, za nimi mama, trzymająca się kurczowo swojego męża, by nie zepchnął jej na drogę a za nią, wisząca już prawie w powietrzu najstarsza latorośl nie mająca więcej jak kilka lat, trzymająca się z kolei mamy. U nas za taką jazdę, pierwszy napotkany policjant wlepił by mandat maksymalnej wysokości i słusznie, bo to bardzo niebezpieczne – nie dla nich.
Czy można czuć się tam bezpiecznie? Byłam trzy razy w Egipcie i nigdy na szczęście nic złego się nie stało, ale wiadomo że różne rzeczy miały tam miejsce . Wszystko zależy od tego, czy mamy akurat pecha, od stopnia naszej ostrożności, czyli nie pchaj się tam gdzie nie potrzeba, albo po prostu zbiegu okoliczności. A propo tego drugiego, to mój Dedi przy każdej okazji przypomina mi moją podróż, w towarzystwie pewnego starszego Niemca podczas drugiej wizyty w Egipcie na górę Synaj i klasztor św. Katarzyny. Droga przebiegała przez pustynię i sam tylko taksówkarz wie jak się tam dostał i jak nas szczęśliwie odwiózł do hotelu. Oczywiście nie było tam drogi asfaltowej, jedynie ledwie zaznaczony szlak pośród piasków, z którego usunięto co większe kamienie. Według mnie nie było tam żadnej drogi. Co chwilę pojawiały się wioski beduińskie i gdzieniegdzie spoglądały na nas wielbłądy. Jeżeli już widać było kawałek jakiejś ścieżki, którą przy dużej dozie tolerancji można było uznać za drogę, to od razu pojawiali się policjanci, którzy przy każdym takim posterunku sprawdzali nasze paszporty. Wtedy jeszcze nie słyszało się tak dużo o porwaniach turystów jak teraz. Drugie moje odwiedziny w kraju Faraonów miały miejsce w 2005 roku. Przez cztery lata dużo się zmieniło, nie wiem czy teraz bym się odważyła na taką przejażdżkę. Pewnie tak, jestem taka jak mój Dedi ryzykantka. Sam wyjazd na Litwę rowerami był bardzo dużym ryzykiem, nie mówiąc już o chęci noclegu w ogrodzie czterech pijaczków (jeden bez ucha, drugi bez zębów, trzeci poparzony a czwarty na wpół łysy, przy czym łysina ta była charakterystyczna, z jednej strony głowy. Wszyscy nawaleni jak meserszmity) ale to już na inną opowieść.
Najbardziej śmieszą mnie polscy i nie tylko polscy turyści, których zresztą jest mnóstwo w hotelach, natomiast dużo mniej na wycieczkach. Przechwalają się oni, ile to razy byli już w Egipcie, w jakich to hotelach mieszkali i jak tam było luksusowo… ale jak zapytać ich chociażby o stolicę Egiptu, to zwieszają łby jak stare szkapy i mówią, że idą na drinka. Puste te ich wypoczywanie, no ale każdy spędza swój urlop jak mu się podoba. Dla jednej pani w naszym hotelu w Hurghadzie największą atrakcją była kuchnia mongolska - nowość od tego roku. Ta pani przyjeżdża do niego na wakacje od dziesięciu już lat wraz z całą swoją rodziną i zna w nim każdy zakątek oraz połowę personelu, nie wychodząc nigdy poza jego obręb.
Egipcjanie początkowo nas śmieszyli, ale z każdym dniem ich nachalność była coraz bardziej męcząca i coraz bardziej nas denerwowała. Nie lubiłam kupować u nich pamiątek, ponieważ jak tylko wzięłam coś do ręki, od razu byłam zmuszana do zapłacenia. Jeżeli oddało się taką rzecz, to albo sprzedawca nie chciał jej wziąć do ręki, albo przeklinał coś pod nosem, ale robił to tak, abyśmy zrozumieli. Z każdej podróży, zwłaszcza do krajów dla nas egzotycznych a Egipt z pewnością taki jest, staram się przywieść jakąś maskę, których mam już sporo. Jedynie w Turcji zbierałam się kupić, do ostatniego dnia przebierając w oferowanym towarze i w końcu wróciłam do domu bez niej. Tutaj postanowiliśmy z Krzysiem dokonać zakupu zaraz na początku naszego pobytu. Podstawowy wymóg był taki, że ma to być maska egipska, a jeżeli taka, to z pewnością Tutenhamon będzie najbardziej charakterystyczny. W jednym z butików zapytaliśmy o taką maskę i sprzedawca kazał nam zaczekać. Po około dziesięciu minutach wrócił z maską… To znaczy on uważał, ze to coś, co przyniósł było maską. Tak naprawdę był to kawałek drewienka, w którym było wyżłobione.. słoneczko. Ręce nam opadły. Pytamy, czy tak wygląda Tutenhamon, na co on już bardzo zdenerwowany stwierdził, że TAK.







