- Bułgaria
- Chorwacja
- Czechy
- Francja
- Grecja
- Hiszpania
- Malta
- Portugalia
- Szwajcaria
- Szwecja
- Słowacja
- Włochy
Hiszpania
Andaluzja i Algarve
Samolot lądował w strugach deszczu. Trochę byliśmy zawiedzeni bo jak wyjeżdżaliśmy z Polski też lało. Na szczęście zanim dotarliśmy do hotelu, już się rozpogodziło. Wypożyczonym samochodem przyjechaliśmy do Torremolinas, znanej miejscowości wypoczynkowej opodal Malagi.
Zostawiliśmy walizki w hotelu i natychmiast ruszyliśmy na nadmorski bulwar. Piękne widoki i fantastyczne jedzenie. Zamówiliśmy tutejszą specjalność czyli mieszankę morskich ryb, krewetek i innych stworzeń. Do tego wyjątkowe oliwki i miejscowe wino. Pyyyyyszne! Po posiłku spacer po plaży i spotkania z turystami spragnionymi słońca.
Nazajutrz jedziemy do Alhambry podziwiać słynne ogrody. Co ciekawe, jeszcze poza sezonem głównym, a bilety dostaliśmy dopiero na wejście popołudniowe. Warto było jednak czekać. Feria kolorów, roślin i niesamowita wyobraźnia architektów powala na kolana. Połączenie doskonałe. Żadne słowa nie oddadzą tego piękna. To trzeba zobaczyć.
Wyprawa do Alhambry zajęła nam cały dzień. Wieczór spędziliśmy ponownie w nadmorskiej restauracji, chrupiąc ryby z oliwkami.
Kolejny dzień to Gibraltar. Miejsce dosyć osobliwe. Nagle kończy się Hiszpania i zaczyna... mini Wielka Brytania. W sklepach funty, a na ulicach słynne, czerwone budki telefoniczne. Na szczęście nie natknęliśmy się na fish and chips. Obowiązkowo wjechaliśmy kolejką na szczyt, skąd rozpościera się piękny widok na port i widać Afrykę. Oprócz tego jest to jedyne miejsce w Europie, gdzie żyją na wolności małpy. Trzeba być ostrożnym, bo bywają agresywne. Po powrocie na dół trafiliśmy na sam koniec Gibraltaru, który nazywany jest końcem Europy.
I tak niespodziewanie zaskoczyła nas pora obiadu. Czym prędzej ruszyliśmy na poszukiwanie jakiejś miłej knajpki. I znaleźliśmy.
Przy 56 Irish Town jest Pizzaghetti Factory. Nazwa cokolwiek dziwna, ale jedzenie wyśmienite. Przemiła atmosfera, szybka obsługa, ale ceny w funtach. Zamówiliśmy okonia morskiego i spaghetti z łososiem. Potem deser, kawa i powrót.
Zauważyliśmy, że warto zamawiać danie dnia. Potrawy są świeże i w dobrej cenie. Na szczęście w naszych kulinarnych wędrówkach nie trafiliśmy na złe jedzenie. Nawet krewetki w restauracji na stacji benzynowej były pyszne!
Następny dzień to pobyt w Rondzie, gdzie co roku rozpoczyna się hiszpański sezon corridy. Bardzo ładne miasteczko. Przebojem jest średniowieczny most kamienny, zawieszony nad przepaścią. Wielkie wrażenie. Wróciliśmy do Torremolinas późnym popołudniem i udaliśmy się oczywiście na pyszną kolację.
Kolejny dzień to zwiedzanie Malagi. Katedra, muzeum Picassa, Alcazabar i... miejscowy bazar. Takiego wyboru warzyw, owoców, ryb i mięs chyba jeszcze nie widzieliśmy. Wszystko pięknie wyeksponowane, czyste i fantastyczni sprzedawcy. Kompetentni, mili i skorzy do targowania, czyli naszej ulubionej rozrywki.
Następny punkt podróży tp Huelva, miejscowość w pobliżu portugalskiej granicy. Jedyny jasny punkt pobytu, to bar z przekąskami (tapas). Po prostu wybitne. Planowaliśmy pobyt trzydniowy, ale trafił nam się fatalny hotel i uznaliśmy, że warto poszukać czegoś w Portugalii. Następnego dnia dojechaliśmy do Faro, które okazało się jakąś brudną mieściną z bagnami i międzynarodowym lotniskiem. Nie wiadomo dlaczego przyjeżdża tu tylu turystów.
Cofnęliśmy się do miejscowości Tavira, ok. 30 km od granicy. I to było trafienie w dziesiątkę. Wspaniałe widoki, cudowne plaże z poławiaczami muli, wysepki, super hotel ze świetnymi śniadaniami i cisza.
Zakotwiczyliśmy na dwa dni szwendając się po okolicy. Wśród wielu stylowych restauracyjek najbardziej utkwiła nam w pamięci taka przy kinie (Rua Guilherme Gomes Fernandes). Trzy stoliczki na zewnątrz nie wyglądały zachęcająco, ale wystarczyło zajrzeć w talerze gości, by usiąść. Swojskie, pyszne jedzenie ze świeżych produktów – jak się kończą właściciel zamyka! Dobre ceny, pyszne oliwki i wino. Im bliżej centrum ceny rosną, ale jakość nie spada.
Następnego dnia wybraliśmy się na drugą stronę rzeki. Knajpki otwierane po godzinie 18.00. Dopiero wtedy wynoszono stoliki i uliczki zakwitały kolorowymi obrusami i kwiatami! Warto było czekać! Trafiliśmy do pięknie położonej Aquasul. Właścicielka (Holenderka), wykorzystuje portugalskie przepisy, dodając do nich smaki ze świata. Są to danie proste, ale wykwintne. Jedliśmy tam najlepsze oliwki. Czarne z pestkami, lekko rozgniecione, w sosie z zielonych ziół i czosnku. Oprócz tego utkwiło nam w pamięci... Spaghetti carbonara – tu spore zaskoczenie. Było z grzybami. Do tego wino (oczywiście schłodzone i wyśmienite).
Cenowo – nie najtaniej, ale posiłek żegnający Tavirę i Portugalię godnie zakończył nasz pobyt. Musimy tam wrócić!
Należy dodać, że podwieczorki spędzaliśmy w cudownych cukierniach, a sok ze świeżych pomarańczy piliśmy wszędzie (kubek 1 euro!). Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy plaży Praia de Altura. Przepiękne miejsce. Długie dojście do oceanu wyłożone deskami, a po obu stronach tawerny. Ceny i menu zachęcały bardzo, ale niestety byliśmy po obfitym śniadaniu. Zapachy jednak obiecywały wyjątkową ucztę! Zapewniamy, że poznany przez nas kawałeczek Portugalii zadowoli najwybredniejszych smakoszy oraz wielbicieli widoków i wypoczynku.
Ruszyliśmy do Sevilli. O parkingu zapomnijcie, nieosiągalny. Jeśli już traficie na wolne miejsce to uważajcie, żeby nie zostać odrapanym (praktycznie nieuniknione).
Tu katedra, Hiszpanki w swoich ludowych strojach, mnóstwo turystów i... baseny na dachach. Wyjątkowy widok. Po południu musieliśmy niestety wracać do Malagi, bo nazajutrz z samego rano odlatywał nasz samolot do Berlina. To była naprawdę super wyprawa.
Zostawiliśmy walizki w hotelu i natychmiast ruszyliśmy na nadmorski bulwar. Piękne widoki i fantastyczne jedzenie. Zamówiliśmy tutejszą specjalność czyli mieszankę morskich ryb, krewetek i innych stworzeń. Do tego wyjątkowe oliwki i miejscowe wino. Pyyyyyszne! Po posiłku spacer po plaży i spotkania z turystami spragnionymi słońca.
Nazajutrz jedziemy do Alhambry podziwiać słynne ogrody. Co ciekawe, jeszcze poza sezonem głównym, a bilety dostaliśmy dopiero na wejście popołudniowe. Warto było jednak czekać. Feria kolorów, roślin i niesamowita wyobraźnia architektów powala na kolana. Połączenie doskonałe. Żadne słowa nie oddadzą tego piękna. To trzeba zobaczyć.
Wyprawa do Alhambry zajęła nam cały dzień. Wieczór spędziliśmy ponownie w nadmorskiej restauracji, chrupiąc ryby z oliwkami.
Kolejny dzień to Gibraltar. Miejsce dosyć osobliwe. Nagle kończy się Hiszpania i zaczyna... mini Wielka Brytania. W sklepach funty, a na ulicach słynne, czerwone budki telefoniczne. Na szczęście nie natknęliśmy się na fish and chips. Obowiązkowo wjechaliśmy kolejką na szczyt, skąd rozpościera się piękny widok na port i widać Afrykę. Oprócz tego jest to jedyne miejsce w Europie, gdzie żyją na wolności małpy. Trzeba być ostrożnym, bo bywają agresywne. Po powrocie na dół trafiliśmy na sam koniec Gibraltaru, który nazywany jest końcem Europy.
I tak niespodziewanie zaskoczyła nas pora obiadu. Czym prędzej ruszyliśmy na poszukiwanie jakiejś miłej knajpki. I znaleźliśmy.
Przy 56 Irish Town jest Pizzaghetti Factory. Nazwa cokolwiek dziwna, ale jedzenie wyśmienite. Przemiła atmosfera, szybka obsługa, ale ceny w funtach. Zamówiliśmy okonia morskiego i spaghetti z łososiem. Potem deser, kawa i powrót.
Zauważyliśmy, że warto zamawiać danie dnia. Potrawy są świeże i w dobrej cenie. Na szczęście w naszych kulinarnych wędrówkach nie trafiliśmy na złe jedzenie. Nawet krewetki w restauracji na stacji benzynowej były pyszne!
Następny dzień to pobyt w Rondzie, gdzie co roku rozpoczyna się hiszpański sezon corridy. Bardzo ładne miasteczko. Przebojem jest średniowieczny most kamienny, zawieszony nad przepaścią. Wielkie wrażenie. Wróciliśmy do Torremolinas późnym popołudniem i udaliśmy się oczywiście na pyszną kolację.
Kolejny dzień to zwiedzanie Malagi. Katedra, muzeum Picassa, Alcazabar i... miejscowy bazar. Takiego wyboru warzyw, owoców, ryb i mięs chyba jeszcze nie widzieliśmy. Wszystko pięknie wyeksponowane, czyste i fantastyczni sprzedawcy. Kompetentni, mili i skorzy do targowania, czyli naszej ulubionej rozrywki.
Następny punkt podróży tp Huelva, miejscowość w pobliżu portugalskiej granicy. Jedyny jasny punkt pobytu, to bar z przekąskami (tapas). Po prostu wybitne. Planowaliśmy pobyt trzydniowy, ale trafił nam się fatalny hotel i uznaliśmy, że warto poszukać czegoś w Portugalii. Następnego dnia dojechaliśmy do Faro, które okazało się jakąś brudną mieściną z bagnami i międzynarodowym lotniskiem. Nie wiadomo dlaczego przyjeżdża tu tylu turystów.
Cofnęliśmy się do miejscowości Tavira, ok. 30 km od granicy. I to było trafienie w dziesiątkę. Wspaniałe widoki, cudowne plaże z poławiaczami muli, wysepki, super hotel ze świetnymi śniadaniami i cisza.
Zakotwiczyliśmy na dwa dni szwendając się po okolicy. Wśród wielu stylowych restauracyjek najbardziej utkwiła nam w pamięci taka przy kinie (Rua Guilherme Gomes Fernandes). Trzy stoliczki na zewnątrz nie wyglądały zachęcająco, ale wystarczyło zajrzeć w talerze gości, by usiąść. Swojskie, pyszne jedzenie ze świeżych produktów – jak się kończą właściciel zamyka! Dobre ceny, pyszne oliwki i wino. Im bliżej centrum ceny rosną, ale jakość nie spada.
Następnego dnia wybraliśmy się na drugą stronę rzeki. Knajpki otwierane po godzinie 18.00. Dopiero wtedy wynoszono stoliki i uliczki zakwitały kolorowymi obrusami i kwiatami! Warto było czekać! Trafiliśmy do pięknie położonej Aquasul. Właścicielka (Holenderka), wykorzystuje portugalskie przepisy, dodając do nich smaki ze świata. Są to danie proste, ale wykwintne. Jedliśmy tam najlepsze oliwki. Czarne z pestkami, lekko rozgniecione, w sosie z zielonych ziół i czosnku. Oprócz tego utkwiło nam w pamięci... Spaghetti carbonara – tu spore zaskoczenie. Było z grzybami. Do tego wino (oczywiście schłodzone i wyśmienite).
Cenowo – nie najtaniej, ale posiłek żegnający Tavirę i Portugalię godnie zakończył nasz pobyt. Musimy tam wrócić!
Należy dodać, że podwieczorki spędzaliśmy w cudownych cukierniach, a sok ze świeżych pomarańczy piliśmy wszędzie (kubek 1 euro!). Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy plaży Praia de Altura. Przepiękne miejsce. Długie dojście do oceanu wyłożone deskami, a po obu stronach tawerny. Ceny i menu zachęcały bardzo, ale niestety byliśmy po obfitym śniadaniu. Zapachy jednak obiecywały wyjątkową ucztę! Zapewniamy, że poznany przez nas kawałeczek Portugalii zadowoli najwybredniejszych smakoszy oraz wielbicieli widoków i wypoczynku.
Ruszyliśmy do Sevilli. O parkingu zapomnijcie, nieosiągalny. Jeśli już traficie na wolne miejsce to uważajcie, żeby nie zostać odrapanym (praktycznie nieuniknione).
Tu katedra, Hiszpanki w swoich ludowych strojach, mnóstwo turystów i... baseny na dachach. Wyjątkowy widok. Po południu musieliśmy niestety wracać do Malagi, bo nazajutrz z samego rano odlatywał nasz samolot do Berlina. To była naprawdę super wyprawa.






