WyprawyMarzeń.pl > Kuba > Kuba, wrzesień 2008

Kuba

Kuba, wrzesień 2008

„In Your wildest dreams”... tak, nawet w najdzikszych marzeniach nie

sądziliśmy, że uda nam się wyruszyć w świat i to w dodatku tak daleko.

Zdecydowaliśmy się na wczasy. Poszliśmy do biura podróży. Tam

zaproponowano nam cały wachlarz najpopularniejszych kierunków

kupowanych przez Anglików. Był Egipt, Cypr, Ibiza, Kanary... czyli to

co zawsze. Ku naszemu zdziwieniu za takie same pieniądze zaproponowano

nam tydzien na Cayo Guillermo, przy bliższym sprawdzeniu okazała się to

być nic innego niż perła Karaibów - Kuba. Czyż muszę zaznaczać, że nie

zastanawialiśmy sie nawet chwili? Udało się. Z wrażenia nie spaliśmy z

kilka nocy. 17-go września 2008 roku, wcześnie rano rozpoczęła się

nasza wielka przygoda. Wystartowaliśmy. Przewodnik przeczytany

kilkakrotnie. Pieniądze za pazuchą. Olejki do opalania w walizce.

Byliśmy gotowi. Lot trwał ok. 12 godzin, jednak ze względu na strefy

czasowe wylądowaliśmy po 5 godzinach.

Zaczynają wypuszczać z

samolotu. Jesteśmy na głodzie nikotynowym. Jesteśmy ciekawi tej słynnej

Kuby. Pierwszy krok na schody jest szokiem dla naszych ciał. Dusimy

się, nie mamy czym oddychać. Jesteśmy momentalnie mokrzy (pomimo

letnich ubrań). Wilgotność powietrza, które nas zaatakowało poza

przyjemnie chłodnym samolotem, wykracza daleko poza wszelkie rozsądne

granice. Pierwszy odruch to powrót do kabiny. Ale nic to. Jesteśmy

twardzi. Ruszami lekkim galopem z resztą nieszczęśliwców do hali lotów.

Po nieco stresującej procedurze wizowo-celnej, zostajemy wpuszczeni na

terytorium Kuby. Nie wiemy co robić najpierw, lecieć po bagaże, do

toalet przemyć się czy na upragnionego papierosa. Zostawiamy

niepalących na strazy bagaży, a reszta idzie sie dotlenić. Po

zaspokojeniu ”najpierwszych” potrzeb zostajemy umieszczeniu w

odpowiednich autokarach. Klimatyzacja włączona. Czujemy się bosko. W

trakcie krótkiej ok. godzinnej jeździe trafiamy do hotelu. Po drodze

poznajemy kilka faktów dot. naszej wyspy. Cayo Guillermo leży w

archipelagu wysp Jardines del Rey u wybrzeżu Kuby właściwej. Nazwa Cayo

wskazuje, że jest to mała wyspa bez naturalnych źródeł słodkiej wody.

Archipelag połączony jest z Kubą poprzez kilkudziesięcio-kilometrową

groblę. Wyspy należące do niego, piękno ich przyrody, plaż zostało

spopularyzowane przez Hamingway'a.

Jestesmy w hotelu. No i

zaczęło się tygodniowe szaleństwo luksusu, drinków z palemnką, kąpieli

słonecznych, nurkowania i boskiej laby w cieniu kokosowej palmy na

śnieżnobiałej plaży. Ale bądź co bądź, nie lenistwem człowiek tylko

żyje. Być na Kubie i jej nie zwiedzić to grzech kardynalny.

Z

wielu wycieczek fakultatywnych jak: oceanarium, farma krokodyli itp.

Wybralismy dwie. Jako mieszczuchy i do tego o ciągotkach

kulturowo-historycznych, postanowiliśmy pojechać do Hawany i Camagüey.

Byliśmy na Kubie na przełomie okresu huraganów. Mieliśmy szczęście.

Pogoda była cudna, ale na kilka dni przed naszym przylotem nad Kubę

nadciągnął huragan. Jeszcze po naszym przylocie usuwano szkody. W

czasie gdy byliśmy na Cayo Guillermo kolejny huragan nadciągał na

Hawanę. Nie wiedzieliśmy czy uda nam się ją zwiedzić. Niestety nie

udało się. Wszystkie wyjazdy do Havany zostały wstrzymane. Wieć

pozostało nam Camagüey. Jest to przepiękne miasteczko (a raczej jak na

warunki kubańskie- miasto), pamiętające czasy hodowców trzciny, handel

żywym towarem, napady piratów. Starówka Camagüey, to sieć pokręconych

wąskich uliczek, czasami niezrozumiałych nawet dla samych mieszkańców.

Jak się dowiedzieliśmy, miało to zapobieć pirackim napadom. Pomimo

takich środków zaradczych miasto kilkakrotnie plądrowały grupy piratów.

Camagüey to w dużej mierze miasto zbudowane w charakterystycznym stylu

baroku kolonialnego. Wiele pięknych budynków, rozpada sie w oczach. Ale

powoli dzięki zachodnim turystom, UNESCO zaczyna rekonstruować i

odrestaurowywać starówkę. Oczywiście na miasto swój wpływ

architektoniczny odcisnęło również ostatnie kilkadziesiąt lat radosnego

ustroju. Ale wszystko to ma swój niepowtarzalny kubański charakter. W

przewodniku czytaliśmy, że kubańska kuchnia jest zjadliwa, choć w

gruncie rzeczy nieciekawa. Nam udało się skosztować unikalnej potrawy

podawanej tylko w Camagüey. Bananowe chipsy, wołowina w potrawie z

czarnej fasoli i sałątką z mango. Wszystko było bardzo smaczne. Widać

nie zawsze warto kierować się przewodnikiem.

W drodze do

Camagüey przejeżdżaliśmy przez liczne wsie, miasteczka. Widzieliśmy

nędzę o jakiej ewentualnie czasami słyszy się w TV. Rozpadające się

domy, pługi ciągnięte przez woły, pociąg aż brązowy od pokrywającej go

rdzy. Na każdej granicy prowincji byliśmy sprawdzani przez miejscową

policję. Gdy opuszczaliśmy Jardines del Rey, na początku grobli

przeszliśmy prawdziwą odprawę paszportową. Nie da się ukryć, że

jesteśmy w totalitarnym państwie.I pomimo tego wszystkiego, biedy,

jedynie słusznej drogi i wodza, pomimo braku wielu wydawałoby się

podstawowych rzeczy, Kubańczycy to bardzo otwarci, pogodni ludzie.

Widzieliśmy chaty kryte liśćmi palmowymi a przed nimi kolorowych jak

pawie, roztańczonych i rozśpiewanych Kubańczyków. Nigdy nie słyszałem

by ktoś śpiewał tak bardzo z siebie, z głębi, z całym sercem jak oni.

Czasami jak sobie wspominam tamten czas, to chyba tego mi brakuje

najbardziej, za tym tęsknie. Za tą ich radością za tą ich niesamowitą

duchowością, ich uśmiechami, ich bezpośrednioscią by zagadac (nawet na

migi), by cie uściskać. To zupełnie inny świat.

Kuba, to nie

tylko wspaniali ludzie, wszedobylskie pomniki Wodza, stare krążowniki

szos. To na Cayo Guillermo zobaczyliśmy różowe morze. Później nas

oświecono, że to setki flamingów brodzących na płyciznach odpływu. To u

wybrzeży Kuby znajduje się rafa kolarowa porównywana czasami z Wielką

Rafą. Dla nas przygodą była jaskrawo ubarwiona jaszczurka, która

przycupnęła na drzewie na przy naszym tarasie. Dla nas przygodą było

morze mieniące sie różnymi kolorami. Rano piękną zielenią, po południu

seledynem a wieczorem błękitem i granatem. Przygodą były kąpiele w

morzu, które było cieplejsze niż temperatura powietrza. Przygodą była

czapla siedząca na wyrzuconym przez morze korzeniu drzewa. Przygodą

były śmiesznie ubarwione rybki, które tylko czekały byśmy zmącili

stopami dno. Przygodą była wielka chmura komarów, przez którą trzeba

było się przebić by dojść na pyszną kolację. Przygodą była cała

otaczająca nas przyroda: flamingi, namorzynowe moczary, bananowe gaje,

dojrzewające kokosy, które dla nas zrywano i dawano do picia. Kuba to

nie jedna wielka przygoda. Kuba to seria małych-wielkich przygód, które

w ostatecznym rozrachunku tworzą niezapomniane przeżycie.

Album użytkownika:

Valion ~Valion, 2010-04-20 00:43

Tagi: ameryka północna, cayo guillermo, jardin del rei, kuba

Wasze relacje

Forum

O nas|Współpraca|Reklama|Kontakt|Regulamin
Copyright WyprawyMarzeń.pl ©2010