Litwa
W kraju Bałtów! > Góra Krzyży
Niedziela 2008-08-24
Góra Krzyży
Rano spotkaliśmy w hotelu naszych znajomych rowerzystów z Wilna. Będą czekać aż pogoda się ustabilizuje, ale nie wygląda mi by nastąpiło to w najbliższym czasie. Po niebie nadal kłębią się groźne chmury. Mimo to decydujemy się na dalszą jazdę. Główny cel to dojechać do Góry Krzyży, z hotelu jest to raptem dwanaście kilometrów i to po specjalnej ścieżce rowerowej. Jeżeli tam nie będzie padać to zaryzykujemy dalszą jazdę. Głupio by było wycofać się tuż przed Rygą. Szanse mamy niewielkie, bo chwilami zaczyna kropić drobny deszczyk, który w każdej chwili może zamienić się w ulewę. Chwilami znowu widać kawałeczki błękitnego nieba między chmurami i to od razu budzi nadzieję na polepszenie pogody. Przed wyjazdem idziemy jeszcze do kościoła, który znajduje się prawie naprzeciwko naszego hotelu. Akurat odprawia się msza święta, niestety po litewsku. Przed Kościołem żebrak bez nóg na wózku inwalidzkim z granatową, opuchniętą twarzą zdradzającą główne zajęcie właściciela wózka i dwa kramy z dewocjonaliami. Właściciele kramów, czy może to jedynie sprzedawcy nie odbiegają wyglądem o żebraka. Pomodliliśmy się i w drogę, nie mamy wpływu na pogodę a więc trzeba się zdać na Opatrzność. Ścieżką rowerową jedzie się nie tylko bezpiecznie ale i szybko nie napotykając na drodze żadnych przeszkód. Po upływie pół godziny jesteśmy już na miejscu. Z daleka Góra Krzyży wygląda raczej skromnie. Niewielki pagórek, z którego wystaje kilka wielkich krzyży i posągów. Po dojechaniu, miejsce to szokuje. Agnieszka jest roztrzęsiona i mówi, że ma dreszcze z emocji. Takiej ilości krzyży nagromadzonych w jednym miejscu nie ma chyba nigdzie indziej na świecie. Są krzyże duże i małe, nowe i stare, z tabliczkami głoszącymi kto je przywiózł i w jakiej intencji oraz bez jakichkolwiek napisów, z intencjami duchowymi wznoszonymi w myślach przez pielgrzymów podczas obowiązkowej w tym miejscu modlitwy do Pana Boga . Krzyże zrobione z dwóch patyczków związanych nitką i bogato rzeźbione, składane przez całe społeczności czy grupy pielgrzymkowe. Na zboczach góry i u jej podnóży widać krzyże leżące, przewrócone ze starości, nikt ich nie podnosi ani nie usuwa, tak to ma być jak jest, to miejsce dla katolików święte. Pod krzyżami leżące postacie Jezusa Chrystusa z rozpostartymi ramionami. Drzewo, na którym wisiał już dawno spróchniało i rozpadło się cyna , z której odlano postać jest bardziej wytrzymała. Sprzedawane na miejscu krzyże mają dołączone specjalne druciki, aby można je zawiesić na ramionach tych większych, ale nie wszystkie wiszą, czy są wbite w ziemię. Po figurą Najświętszej Marii Panny na szczycie wzgórza leżą one po prostu jeden na drugim tworząc gruby wał otaczający matkę Chrystusa. Agnieszka wiesza przywieziony z Częstochowy krzyżyk na większym, przywiezionym przez jakąś pielgrzymkę z Polski. Nie pamiętam skąd, bo tych polskich krzyży jest tu bardzo dużo. Przywieźli tu swój krzyż nawet nasi żołnierze wyruszający z misją wojskową do Afganistanu. Ja zawieszam swój różaniec z krzyżykiem na tym co powiesiła Agnieszka. Będzie miał podwójną moc, spełnią się intencje, z którymi pielgrzymujemy i cało wrócimy do domu. Nabieram przekonania, że warto było jechać, warto było ponosić trudy i niewygody po to tylko, by być w Ostrej Bramie i tu na Górze Krzyży, którą odwiedzał również nasz papież. Kupujemy sobie pamiątki z tego miejsca i nie zastanawiając się już ruszamy w stronę Rygi. Zaczyna padać deszcz, ale nie przerywam jazdy, będzie dobrze mówię i rzeczywiście, po jakimś czasie przestaje padać. Skończyło się na drobnej mżawce. Na razie jedziemy poboczem głównej drogi oznaczonej na mapie kolorem czerwonym. Jakoś nie mam odwagi, by wjechać na asfalt. Po paru kilometrach skręcamy na drogę lokalną. Będzie gorsza i dłuższa ale za to bezpieczniejsza. Gorsza, to jest mało powiedziane. Na Litwie tylko drogi główne mają nawierzchnię asfaltową. Pozostałe są żwirowe z wyjątkiem przejazdu przez wioski, gdzie asfalt daje nadzieję, że będzie ciągnął się również dalej. Nadzieja ta pryska wraz z minięciem ostatniej chałupy. Jeszcze jako tako jedzie się po nich, gdy nie były dawno „remontowane”. Remont ich polega zwykle na wysypaniu grubym gryzem i czekaniu aż koła jadących samochodów ubiją go. Takiej nawierzchni żaden rower nie trawi i miejscami trzeba z niego schodzić by przeprowadzić przez grubą warstwę gryzu. Nie ma jednak wyjścia, trzeba pokonać i tą przeszkodę, szkoda tylko, że tak wolno, bo o rozwinięciu zwykłej prędkości, choćby tej minimalnej to jest piętnaście kilometrów na godzinę nie może być mowy. Wlekliśmy się tymi drogami pięćdziesiąt kilometrów, co wskazywał licznik zamontowany na rowerze Krzysia, gdy tablica informacyjna wskazała, że oddaliliśmy się od Szawle zaledwie o szesnaście. To bardzo deprymuje, ale jak Krzysiu zapewnia, teraz już będzie prosto. Było, tyle tylko że takimi samymi drogami z wyjątkiem kilkunastu kilometrów, gdzie już zdążono położyć asfalt. W pobliżu granicy zatrzymaliśmy się przed wiejskim sklepem, by wydać ostatnie lity. Po drugiej stronie nie będą już nam potrzebne. Kilkoro panów, dzielnie pracujących nad opróżnianiem kolejnych butelek przywitało nas głośnymi okrzykami i chóralnym śpiewem. Nie mieliśmy pewności, czy powitanie to było przyjazne czy wrogie, dotychczasowe doświadczenie nakazywało raczej być ostrożnym. Od grupki mężczyzn odłączył się młody chłopak i nie proszony zaczął pomagać nam w ustaleniu dalszej drogi. Trudno się było z nim dogadać, bo jego angielski, którym jako tako władał mocno już był spaczony wypitym alkoholem. W końcu podał nam kierunek, inny niż zamierzaliśmy poprzednio jechać i Krzysiu go zaakceptował, bo do granicy było tą drogą bliżej. Jeszcze potwierdziliśmy to po przejechaniu kilku kilometrów u spotkanego pana, który powoli posuwał się poboczem drogi o kulach. Mówił dobrze po rosyjsku a więc nie było problemu z dogadaniem się. Drogę do granicy mieliśmy już pewną, pozostało ją przejechać, co nie było takie proste, bo właśnie przygotowywana była do położenia nawierzchni asfaltowej, czyli wysypana grubym gryzem. Miejscami był już asfalt i wtedy śmigaliśmy do przodu, miejscami nie można było jechać i trzeba było zsiadać z roweru. Granicę przejechaliśmy a właściwie przemęczyliśmy po grubym tłuczniu, który skończył się po stronie litewskiej. Takiej granicy jeszcze nie przekraczałem. Była tam mała tabliczka z nazwą kraju ( Łatwia ), niewielką wiatą oraz kawałkiem płotu. Równo z granicą zaczął padać deszcz. Postanowiliśmy się jednak nie poddawać. Na Juki wskoczyły pokrowce. My założyliśmy pelerynki i jazda do przodu, aby na dzień jutrzejszy zostało jak najmniej kilometrów do Rygi. Od razu zauważyłem, że Łotwa jest innym krajem niż ten, który właśnie opuściliśmy. Przede wszystkim nie było ugorów, czyli Łotyszom jakoś opłaca się uprawiać ziemię. Budynki z reguły murowane a obejścia zadbane. Droga z żwirowej przeszła w asfalt i ten towarzyszył nam aż do najbliższego miasteczka, gdzie zamierzaliśmy poszukać noclegu, bo deszcz stawał się coraz większy. W nim zatrzymałem młodego rowerzystę, którego Agnieszka zapytała o hotel, oczywiście po angielsku. Chłopak zaczął jej tłumaczyć ale nie widząc zrozumienia machnął ręką, wsiadł na rower i pojechał przodem wyprowadzając nas za miasto do hotelu, który według niego był najtańszy. Po długich targach wynajęliśmy dwa pokoje z łazienką za pięćdziesiąt euro. Wszędzie było idealnie czysto – to już spotkaliśmy na Litwie, kiedy nocowaliśmy w Szawle, tu jednak było coś, o co na Litwie trudno, uśmiechnięta recepcjonistka. Jutro, jak pogoda pozwoli dojedziemy do Rygi.





