Litwa
W kraju Bałtów! > Ryga

Poniedziałek 2008-08-25

Łotwa, Ryga

 

 

  Wychodziliśmy rano z hotelu z dusza na ramieniu, bo niebo zasnute było ciemnymi chmurami. Nie ma jednak  wyjścia, wsiadamy na rowery i pedałujemy w stronę Rygi. Drogowskaz pokazuje, że do stolicy Łotwy jest sześćdziesiąt trzy kilometry, ale nas czeka znacznie więcej, bo nie chcemy jechać w dużym ruchu, zaraz skręcimy w boczne lokalne drogi, oby nie takie jak na Litwie. Jak na razie idzie dobrze, droga asfaltowa, ruch niewielki i raźno posuwamy się do przodu. Chciałbym podzielić się jeszcze jedną uwagą dotyczącą zarówno Litwy jak i Łotwy. Nie ma tu przeważnie przy domach płotów jakie widoczne są nieomal przy każdym domu u nas. Zamiast nich  z reguły pilnują domostwa dwa wielkie burki wyczuwając obcego już z daleka. Lepiej nie podchodzić takich, bo szarpią się na łańcuchach mało ich nie zrywając. Na wszelki wypadek  stale miałem przy sobie gaz, by było się czym opędzić. Jak zapewniał mnie sprzedawca, jest to niezawodny środek na agresywne psy. Na szczęście nie musieliśmy się o tym przekonywać. Nasze zachwyty nad drogami Łotwy nie trwały długo. Już z daleka zobaczyliśmy znak „wyboje na drodze”. Kończył się asfalt a  zaczęły „hopki” na drodze  żwirowej. Jechało się nią jednak nieco lepiej niż drogami Litwy bo nie było na niej gryzu ani dużych kamieni. Okazało się, że też do czasu.  Na jakieś dziesięć kilometrów przed dojazdem do drogi głównej trafiliśmy na roboty drogowe, które polegały na tym, że jeździł nią potężny spychacz i „wyrównywał” dziury czyniąc ją tym samym po wczorajszym deszczu nieprzejezdną,  a więc prędkość naszego przemieszczania się znowu spadła poniżej dziesięciu kilometrów na godzinę. Kiedy jechaliśmy przez las, w pewnej chwili Agnieszka zauważyła bawiące się przed nami zwierzęta. Były nie dalej niż jakieś sto pięćdziesiąt  metrów i jakby  nas nie zauważały. Z pewnością były przekonane, że jest to jakaś leśna polana a nie droga. Dopiero jadący samochód ( akurat musiał się napatoczyć w tym momencie)  przepłoszył je i nie zdążyliśmy zrobić zdjęcia, to znaczy zrobiliśmy samą drogę o ile można ją tak nazwać, ale bez zwierzątek. Przed Rygą, jak to zwykle bywa przed stolicą o czym zdążyliśmy się już przekonać, ruch na jezdni stał się taki, że jazda nią zrobiła się niebezpieczna. Nie było rady. Zjechaliśmy na pobocze, które odpowiadało nawierzchnią drodze, którą niedawno opuściliśmy i tempo jazdy ponownie spadło. Po chwili spadło do zera, bo zaczęło intensywnie padać.  Peleryny przy takim deszczu nie na wiele się zdają. Przemoczeni, schowaliśmy się na przystanku autobusowym, który niewiele różnił się od tych na Litwie. Sam przystanek był zwykłą wiatą i nie o nią mi chodzi a o kosz na śmieci, który wypełniony był po brzegi pustymi butelkami po alkoholu. Widać było, że pod tym względem obydwa kraje podtrzymują godnie tradycję zapoczątkowaną w Związku Radzieckim. Po chwili przyszedł do nas miejscowy czciciel Bachusa, który ochrypłym głosem poprosił „dajtie zakurit”. Nie dostał i zrezygnowany usiadł na ławce czekając widocznie na autobus, lub jedynie spędzając w ten sposób czas w oczekiwaniu na lepszą pogodę. Na przystankach ludzie siedzą, póki nie nadjedzie autobus. Nigdzie, zarówno na Litwie jak i na Łotwie  nie ma tutaj rozkładów  jazdy, podobnie jak w Rumunii, tylko że tam przystanków nie musi być,  bo kierowcy autobusów zatrzymują się na każde skinienie, niezależnie w jakim miejscu stoimy.  Na tym przystanku zgotowaliśmy i zjedli ostatnie zupki. Nie było więc jedzenia, nie było „Łatów” i droga do Rygi dłużyła się w nieskończoność. Na szczęście przestało padać, ale też nie dało się już jechać poboczem, bo rozmiękło. Trzeba było ryzykować jazdę  brzegiem asfaltu narażając się co chwilę na fontanny wody wydobywające się spod kół przejeżdżających samochodów. Ryga przywitała nas taką ulewą, że już przestaliśmy się specjalnie przed nią chronić i tak byliśmy przemoczeni. Jedynym naszym celem było teraz przedostanie się do centrum i na dworzec kolejowy, aby potwierdzić to co Rafał sprawdził nam w Internecie, że o godzinie  dwudziestej pierwszej jest pociąg relacji Ryga – Warszawa. Do tego czasu znajdziemy miejsce by się osuszyć i przebrać. Mając plan miasta i pytając przechodniów, których pomimo deszczu pełno było na ulicach, bez trudu odnaleźliśmy dworzec. Tu spotkało nas pierwsze rozczarowanie. Takiego pociągu  nie ma. Z Rygi można dojechać jedynie do Tallina lub do Moskwy. Inne połączenia międzynarodowe nie istnieją. Poszliśmy więc szukać autobusu OCOLINES lub EUROLINES, które jeżdżą do Polski. Siedziba firmy znajduje się w bezpośredniej bliskości dworca kolejowego na terenie dworca autobusowego, odpowiednika naszego PKS. Tu kolejne rozczarowanie.  Dzisiaj autobusu nie ma a jutrzejsze kursy są już w połowie wykupione. Nie  z tym jednak był problem, aby kupić bilet a z rowerami. Jak kierowca zechce, to rowery weźmie a jak nie zechce to nie weźmie oświadczyła pani beznamiętnym głosem. Jak to, my kupimy bilety a to czy rowery pojadą z nami zależy od kierowcy ? Dokładnie tak. Fajny układ. Każdy tutaj wsiada do autobusu z dużym bagażem, który należy upchać w bagażniku, na rowery z pewnością nie starczy miejsca. Moi towarzysze podróży stanęli ze spuszczonymi głowami przed tak nieciekawą perspektywą. Po chwili uradziliśmy, by jeszcze spróbować w łotewskim PKS, może autobusy jeżdżą aż na Litwę w pobliże  granicy z Polską.  Poszli oboje: Krzysiu z Agnieszką  a ja namierzyłem stojącą przed budynkiem TAXI, mały zgrabny wan marki MERCEDES, którego kierowca wyraźnie się  nudził. Nie mogłem jednak do niego podejść, bo stale musiałem mieć na oku rowery, wokół których a jednocześnie wokół mnie  kręcili się podchmieleni osobnicy przypatrując się bezczelnie i im i mnie. Na wszelki wypadek wziąłem do ręki gaz. Gdy mnie kilku opadnie, to bez tego nie dam rady. Kiedy dochodziliśmy dzisiaj do dworca, to spotkaliśmy dwóch panów w wieku około pięćdziesiąt lat, którzy widząc, że prowadzimy rowery z jukami zaczepili nas. Oni również prowadzili rowery a jeden z nich był dziwnie ubrany jak na taką pogodę, był jedynie w spodenkach i cienkiej koszulce. Okazało się, że są Belgami i przyjechali zwiedzić Rygę oraz Wilno. Wczoraj zostawili na chwilę bez opieki rowery wraz z sakwami i tyle je widzieli, a dzisiaj policja je odnalazła i oddała. Oczywiście bez niczego. To było już kolejne ostrzeżenie, żeby się bacznie pilnować a więc pilnuję. Za chwilę Agnieszka z Krzysiem wrócili bez dobrych nowin. Takich kursów jak my chcemy nie ma. Podszedłem więc do taksówkarza. Nawet dosyć dobrze mówił po polsku wtrącając wiele słów rosyjskich, ale mi to nie przeszkadzało. Na moje zapytanie odparł, że chętnie pojedzie do Polski. Pozostała  tylko kwestia ceny. Uzgodniliśmy na czterysta czterdzieści dolarów amerykańskich, co nie było zawrotną kwotą, bowiem bilet autobusowy kosztuje około trzystu złotych od osoby, nie licząc opłaty za rowery. Nie warto się było namyślać, jedziemy do Polski a konkretnie do Augustowa taksówką, oznajmiłem swoim towarzyszom. Zdziwiony Krzysiu zapytał tylko; Już teraz? No nie, jeszcze się przebierzemy i trochę umyjemy, bo jak tacy brudni wejdziemy do MERCEDESA.  Stojąc w kolejce, gdy w tym czasie Agnieszka z Krzysiem pilnowali rowerów,  wykupiłem sobie bilet, który uprawniał mnie do zrobienia siku i przebrania się  w toalecie dworcowej. Po mnie to samo zrobili Agnieszka i Krzysiu. Trzeba też było pozdejmować koła z rowerów, bo całe się nie mieściły. Zajęły nam te przygotowania prawie godzinę.

Do Augustowa dotarliśmy po godzinie dwunastej w nocy. Ciemno, zimno, pusto i nie wiadomo gdzie są dworce. Autobusowy był przy rynku, ale zupełnie pusty. Na szczęście u nas rozkłady jazdy funkcjonują. Kolejowy był dalej, gdzieś za laskiem i nie zdołaliśmy tam dotrzeć. Z obydwu odchodzą pojazdy około godziny piątej rano.

 

Album użytkownika:

zmac7090 ~zmac7090, 2010-04-11 12:43

Tagi: europa, litwa, wilno

Wasze relacje

To zdjęcie posiada 0 komentarzy.

Musisz być zalogowany aby móc dodawać komentarze do zdjęć

O nas|Współpraca|Reklama|Kontakt|Regulamin
Copyright WyprawyMarzeń.pl ©2010