Litwa
W kraju Bałtów! > Szawle

(…)

Sobota 2008-08-23

Szawle

 

   Bez żalu opuszczaliśmy kolejne już miejsce noclegowe, uwalniając namioty od nieproszonych gości, czyli ślimaków, które  przez noc tłumnie zajęły nasze mieszkania. Dzień wstał pochmurny i wietrzny a do Rygi mamy jeszcze około stu osiemdziesięciu kilometrów. Dzisiaj  trasy tej z pewnością nie pokonamy, ale kolejny cel pielgrzymki, czyli Góra Krzyży jest w naszym zasięgu. Na szczęście jedziemy z wiatrem, co bardzo ułatwia podróż. Szybko pokonujemy kolejne kilometry. Przed miejscowością Szawle, za którą znajduje się dzisiejszy cel  droga jest zamknięta. Objazd wynosi kilkanaście kilometrów. Decydujemy się więc na jazdę w ciemno dotychczasową drogą, pomimo braku przejazdu. Rowery będziemy mogli jakoś przetransportować nawet po polach. Z pewnością zajmie to mniej czasu niż pokonywanie objazdu. Szybko okazuje się, że znak zakazu wjazdu ignorują również kierowcy  samochodów i to nie tylko osobowych, ale również wielkie ciągniki siodłowe z naczepami. Musi być więc jakiś przejazd i okazało się, że był. Miejscowi kierowcy zrobili go swojemu jadąc po prostu po polach w miejscu, gdzie przez całą szerokość drogi przekopany był głęboki rów niemożliwy do przebycia na nogach nie mówiąc już z rowerami. Podjechaliśmy na jego skraj i zawrócili do tego prowizorycznego przejazdu. Okazało się, że ta nowa droga była tak ubita, że jazda rowerem po niej nie przedstawiała żadnej trudności. Była ona szerokości jednego samochodu a ruch odbywał się w dwie strony, przy czym nikt nim nie kierował a przeciwległe wjazdy na nią nie były widoczne. Zastanawialiśmy się, jak kierowcy dużych ciężarówek wiedzą, że z przeciwka akurat nikt nie jedzie, bo wycofanie takim kolosem krętą polną drogą to już nie umiejętności kierowcy a finezja i z pewnością nie każdy by sobie poradził. Jakiekolwiek zjechanie w bok również nie wchodziło w rachubę bo groziło zapadnięciem się samochodu w rozmiękłą po deszczach ziemię. Problem ten zostawiliśmy jednak na etapie rozważań teoretycznych i popychani wiatrem pedałowaliśmy szybko w stronę Szawli. Dzisiaj tak się dobrze jedzie, że możemy zrobić ze sto pięćdziesiąt kilometrów  i dodatkowo zwiedzić Górę Krzyży powiedziałem do Krzysia i chyba było to w złym momencie  bo na nos kapnęła mi pierwsza kropla deszczu.

Niebo zasnute było chmurami aż po horyzont a więc nie była to przejściowa burza jakie gnębiły nas w dniach  poprzednich a solidny, długotrwały deszcz, który mógł potrwać ze trzy dni. Ponadto wiatr, który mógł rozgonić te chmury ustał  zupełnie i zrobiło się zimno. Utknęliśmy na niewielkim przystanku  autobusowym obok cmentarza, kilka kilometrów od Góry Krzyży.  Dałem Agnieszce swoją ciepłą kurtkę, bo zrobiła się zielona z zimna a my z Krzysiem jakoś wytrzymujemy w naszych ortalionach doskonale chroniących przed wiatrem nieco mniej przed deszczem a już zupełnie  nie chroniących przed zimnem.  Czekamy beznadziejnie aż  zdarzy się cud i przestanie padać. Właściwie nie było by tak źle, gdyby przystanek nie był ruchliwy. Tymczasem cmentarz, przed którym się on znajduje jest ogromny i pełny ludzi, którzy mają tam coś do zrobienia lub po prostu odwiedzają swoich zmarłych. Co jakiś czas przyjeżdża autobus, z którego wysypują się nowi ludzie a ci co stoją stłoczeni pod wiatą wsiadają do niego i wtedy możemy odetchnąć. Trzeba coś postanowić, czekamy już blisko trzy godziny a deszcz jak lał tak leje. Sytuacja była by w miarę prosta, gdybyśmy mieli lity, ale zdawało nam się, że już nie będą potrzebne i wszystkie wydaliśmy mając nadzieję, że dzisiaj będziemy na Łotwie. Jest sobota po południu, będzie problem z wymianą.  Na razie jeszcze czekamy, bo zerwał się wiatr i jest nadzieja, że rozgoni chmury. Nawet deszcz jest już jakby mniejszy. Podeszła do nas pani, która przyszła z cmentarza i zaczęła coś mówić do Krzysia, czego on oczywiście nie rozumiał. Spróbowałem po rosyjsku. Wy Słowaki, powiedziała, uważajcie na rowery, pilnujcie ich bo wam ukradną. Podziękowałem pani za ostrzeżenie, jeszcze tego by nam brakowało. Z pewnością w mieście jest większe zagrożenie kradzieżą niż w lesie, gdzie kładziemy je przed wejściem do namiotów wiążąc wszystkie razem linką.  Wiatr nie tylko nie rozgonił, ale przywiał nowe chmury. Zobaczyłem, że Krzysiu zaciska już zęby z zimna. Nie ma na co czekać, wracamy do Szawle, może jeszcze czynna jest jakaś informacja turystyczna, to nam pomogą a jak nie, to będziemy pytali ludzi na ulicy, gdzie wymienić  pieniądze i znaleźć hotel. Szczęśliwie trafiliśmy bez trudu do informacji turystycznej, ale nic pocieszającego tam nie usłyszeliśmy. Hotel owszem jest, niedrogi bo w akademiku, ale pieniędzy to wy nigdzie już dzisiaj nie wymienicie bo banki pozamykane a za dolary nikt wam hotelu nie wynajmie. No ładnie, buty już mokre, my też, mamy pieniądze  ale nie takie jak trzeba, przyjdzie nam chyba przenocować na dworcu, żeby nie moknąć o ile nie zamykają go na noc. Przed informacją stała mama z małą córeczką.”Znajetie, gdie możno obmienit walutu?” Zapytałem. „Wot zdies , pojdiete priamo budiet malenkij kiosk. Jeszczio otkrytyj?  Da”  Trochę z niedowierzaniem, wobec informacji uzyskanej przed chwilą w biurze ruszyłem we wskazanym kierunku nie oglądając się za Krzysiem i Agnieszką, którzy nieco już zrezygnowali powoli szli za mną. Po przejściu kilkuset metrów już z daleka zobaczyłem kantor. W środku siedziała panienka i gawędziła z kimś przez telefon oczywiście nie przerywając rozmowy na mój widok. Nie spieszyło mi się, dolary miał przy sobie Krzysiu. Idąc w stronę hotelu spotkaliśmy raz jeszcze naszą uliczną informatorkę. „Wsio OK.”, krzyknąłem w jej stronę, uśmiechnęła się a jest to na Litwie widok dosyć rzadki. Musiała mieć jakąś domieszkę krwi polskiej no i była lepiej zorientowana niż pani w „Centrum Informacji”. Pokój, który wynajęliśmy za jedyne trzydzieści litów od osoby jest duży  i czysty, zaplecze sanitarne wyposażone w kabiny prysznicowe i również jest tu czysto,  a jak się później okazało, tuż koło naszych drzwi znajduje się kuchnia z pełnym wyposażeniem. Nie to nas jednak najbardziej ucieszyło. Tu było wreszcie SUUUUUCHO !!!!!!

Agnieszce i Krzysiowi z miejsca wrócił humor. Już im nawet deszcz nie przeszkadzał i pobiegli do miasta po piwo a ja wróciłem do rozmyślań nad tematem, który mnie stale ostatnio trapi. Wracać do Polski starając się najpierw dostać do Wilna, czy jechać dalej nie zważając na przeciwności. Wiem, że niezależnie od tego co postanowię, to Agnieszka z Krzysiem zaakceptują. Jak zwykle odłożyłem decyzję na rano. Jedno jest pewne, jeżeli nie da się jechać dalej w stronę Rygi, to Górę Krzyży musimy odwiedzić nawet w deszcz. Mamy tam coś do zostawienia.

 

Album użytkownika:

zmac7090 ~zmac7090, 2010-04-11 12:40

Tagi: europa, litwa, wilno

Wasze relacje

To zdjęcie posiada 0 komentarzy.

Musisz być zalogowany aby móc dodawać komentarze do zdjęć

O nas|Współpraca|Reklama|Kontakt|Regulamin
Copyright WyprawyMarzeń.pl ©2010