Litwa
W kraju Bałtów! > Wilno I
Środa 2008-08-20
Wilno
Droga dojazdowa do Wilna była dla nas wczoraj bardzo stresująca, głównie z powodu wielkiego natężenia ruchu. Sprawdziłem dzisiaj na mapie. Zbiegają się tutaj trzy drogi z różnych kierunków oznaczone na mapie kolorem czerwonym i dwie oznaczone kolorem żółtym. Stąd to wielkie nagromadzenie pojazdów, których strumień gwałtownie chce się przedostać na drugą stronę miasta. Jakże inaczej wygląda centrum Wilna czyli Stare Miasto. Ruch jest wyraźnie mniejszy niż w naszych miastach wojewódzkich, nie mówiąc już o Warszawie. Pisałem wczoraj, że kierowcy respektują ruch rowerowy. Dzisiaj mogliśmy się przekonać, że to samo dotyczy pieszych. Kilkakrotnie, gapiąc się na zabytki czy wystawy o mało nie wpadłem pod samochód i nigdy nie spotkałem się z jakąś negatywną reakcją ze strony kierowców.
Uliczki starówki są w większości wąskie i zabrukowane ładną kolorową, kamienną kostką a miejscami nawet polnym kamieniem, lub też – już pewnie przy okazji remontów, połączeniem tych dwóch nawierzchni. Kostka środkiem ulicy a kamień od strony chodników. Wszystko jest tutaj jakby nieco mniejsze niż w innych stolicach z wyjątkiem niewielu monumentalnych gmachów jak dla przykładu ratusza zajmującego bez mała cały plac, na którym stoi, czy kościoła Świętego Stanisława, najważniejszej świątyni w państwie, gdzie odbywały się koronacje monarchów. Ogromny jest też gmach, a właściwie połączenie kilku gmachów uniwersytetu, który przed wojną nosił nazwę Stefana Batorego, oraz niektórych kościołów katolickich. Cerkwie, nawet te najbardziej okazałe, wyglądają z zewnątrz o wiele większe niż od środka. Tam wydają jakby skurczone a to przez ścianę, na której znajduje się ikonostas, za który żadnemu z wiernych i turystów nie wolno wchodzić by nie popełnić świętokradztwa. Prawie wszystkie kościoły katolickie, które zwiedzaliśmy z przewodnikiem w ręku są bardzo ładnie utrzymane. Przetrwały czasy komuny podobnie jak u nas. Wyjątek stanowi kościół zakonu Franciszkanów, który służył przez okres republiki za magazyn no i dzięki temu ocalał. Pozostały z niego ogromne mury przykryte nowo wyremontowanym dachem i mocno odrapane ściany wewnętrzne, które są w trakcie remontu. Niestety polichromie wewnętrzne – jak usłyszałem to z ust przewodnika oprowadzającego polską wycieczkę, zostały w dziewięćdziesięciu procentach zniszczone. W kościele Świętego Antoniego Padewskiego zobaczyliśmy coś, czego jeszcze nie spotkałem. W naszym Przemyślu widziałem kiedyś ambonę w kształcie łodzi, co utkwiło mi w pamięci. Tutaj ambona, wykonana z pięknego brązowego marmuru stanowiła jedność z konfesjonałem, który znajdował się pod nią. Ciekawe połączenie: górna część budowli służyć miała temu, by wierni mogli wyraźnie słyszeć to co kapłan do nich mówi, natomiast dolna, do intymnych rozmów pomiędzy spowiednikiem i spowiadanym. W samym centrum miasta przy uniwersytecie, znajduje się mieszkanie wynajmowane niegdyś przez Juliusza Słowackiego a właściwie jego ojczyma, wykładowcę uniwersyteckiego u którego nasz poeta mieszkał. Nieco dalej znajduje się dom, w którym mieszkał Adam Mickiewicz, skąd zesłany został przez władze carskie w głąb Rosji i nigdy już do Wilna nie powrócił. Obok znajduje się mieszkanie wybitnego polskiego prozaika Ignacego Kraszewskiego. To tylko ci najbardziej znani. W całym starym mieście co krok napotyka się ślady polskości i nie stanowi też problemu porozmawianie z przechodniem w naszym języku „ochrzczonym” sowicie rusycyzmami lub odwrotnie, odpowiadają piękną, literacką, nie skażoną gwarą polszczyzną z ich śpiewnym litewskim akcentem. W jednym tylko sklepie sprzedawczyni poprosiła mnie bym mówił po rosyjsku, bo nie rozumie. Moim hobby zawsze były starocie, przedmioty stanowiące pamiątki po naszych pradziadach. Stąd też wszędzie, gdzie tylko jestem zaglądam do sklepów z tymi artykułami. Kupić nic nie mogłem, bo ceny ustawione są wyraźnie pod bogatych zachodnich turystów – około pięć razy większe niż w Polsce, jest też tam także dużo replik odgrywających rolę oryginałów. Uderzyło mnie jednak to, jak dużo tam starych polskich książek, ustawionych w stosy, podobnie jak u nas sprzedawcy staroci ustawiają książki w języku niemieckim. Urodę starego miasta zobaczyć można w pełni wówczas, gdy robi się to z góry. Dlatego też koniecznym jest wjechanie kolejką na Wzgórze Gedymina u stóp którego, na wysokim cokole umieszczono jego brązowy pomnik. Stoi z wyciągniętymi ramionami z mieczem w dłoni obok swojego bojowego ogiera co nie trudno spostrzec wobec dbałości rzeźbiarza o szczegóły anatomiczne rumaka. Wieża posiada grube na około dwa metry mury a wewnątrz znajduje się mini muzeum z makietą przedstawiającą zamek górny i dolny w przeszłości oraz kilkunastoma egzemplarzami siedemnasto i osiemnastowiecznej broni białej. Widok, który zobaczyć można z wierzchołka wieży jest w stanie zachwycić najwybredniejszego estetę. Widać jest dalekie obrzeża miasta otoczone ciemnymi lasami, malownicze wzgórza, pokryte zabudową, krętą Wilejkę toczącą swoje czyste wody przez miasto, bliskie stare uliczki z dachami pokrytymi dachówką i dalekie, wielkie bloki mieszkalne, pozostałość po minionym ustroju. Szczęśliwie nikt nie wpadł na pomysł zburzenia starego miasta i wybudowania w tym miejscu nowych bloków jak miało to miejsce chociażby z północną ścianą Rynku w naszym Dzierżoniowie. Stare, wąskie uliczki wolne są od ruchu dużego miasta i szalonej pogoni za ważnymi sprawami codziennymi. Stare Wilno żyje innym tempem, znacznie wolniejszym niż gdzie indziej. Tak to przynajmniej zaobserwowałem przyglądając się pracy barmanów, urzędników poprzez otwarte drzwi i odsłonięte okna, sprzedawców a nawet policjantów. Z pewnością jest też tutaj biedniej niż u nas – mam na myśli przeciętnego mieszkańca stolicy Litwy. Wnioskuję to z tego, że na ulicy brak jest samochodów popularnych i tanich. Może nie całkowity brak a jest ich mało. Jeżdżą natomiast duże „wypasione” bryki solidnych marek błyszczące lakierem i chromem, przeważnie w ciemnych kolorach. Wniosek jest prosty, bardzo bogaci jeżdżą bardzo drogimi autami, natomiast biedni wydeptują chodniki na piechotę, bo nie stać ich na żaden samochód mimo, że paliwo jest średnio o dwadzieścia pięć procent tańsze niż u nas. My też deptaliśmy Wilno na piechotę aż do godziny siedemnastej tutejszego czasu „szybszego” o jedną godzinę od naszego, po czym ledwo powłócząc nogami wróciliśmy do naszego akademika. Jazda na rowerze, nawet z pełnym obciążeniem, nawet pod górkę, których tutaj nie brakuje jest dla nas o wiele mniej męcząca niż chodzenie. W czasie naszej wycieczki przypomniano nam o olimpiadzie. Stało się to za sprawą meczu koszykówki pomiędzy reprezentacją Litwy i Chin. Na rynku, przed domem, w którym mieszkał Mickiewicz zainstalowany został ogromny ekran, na którym zawody śledziło kilka tysięcy osób w różnym wieku i różnej płci entuzjazmując się każdym udanym zagraniem rodaków. Telewizory w każdej restauracji czy barze również chodziły na cały regulator transmitując mecz. Co jakiś czas z ust kibiców rozlegał się chóralny krzyk radości słyszany w każdym zakątku starego miasta. Nie znam wyniku meczu, ale łatwo się domyślić, bo po jego zakończeniu samochody, motocykle i motorowery kierowane przez roześmianych kierowców jeździły w kółko z włączonymi klaksonami. Jeszcze jedno spostrzeżenie pod kątem jazdy rowerem. W centrum Wilna wszędzie są wyznaczone ścieżki dla rowerzystów częściowo opanowane przez pieszych, którzy po nich chodzą na swoje ryzyko, bo od czasu do czasu ukazują się pędzący po nich rowerzyści.





