Sri Lanka
Kraj bajeczny > słonie

  Słonie

Wyobraźcie sobie, że idziecie wieczorem na zakupy, stoicie przed bazarem (tak tubylcy nazywają jeden sklep przeważnie z pamiątkami), właściciel bazaru tłumaczy waszemu kierowcy tuk-tuka, że absolutnie nie może już otworzyć sklepu, bo jest za późno. Nic nie rozumiecie z tego, co oni do siebie krzyczą i też mało was to obchodzi. Wyobraźcie sobie dalej, że czekacie koło nich, jesteście na jakiejś opustoszałej drodze, w niewiadomo jakiej dzielnicy i że marzycie, aby się stamtąd wydostać. Aż tu nagle w zaroślach obok zaczyna się coś poruszać, coś baaaardzo dużego. Coś zupełnie za dużego, by mógł to być człowiek. W pierwszej chwili myślicie o ludziach na szczudłach, ale później rozsądek bierze górę i myślicie, że w ogóle nie ma to sensu, co też wymyśliliście przed chwilą. I w końcu dociera do was fakt, że w zaroślach obok stoi SŁOŃ - duży, prawdziwy, straszny słoń. Przytrafiło się to nam z Krzysiem naprawdę. U nas w Polsce coś niewiarygodnego, tam zupełnie normalna rzecz. Pierwsza moja reakcja to przeraźliwy krzyk połączony z radością, zaskoczeniem i z niedowierzaniem. Najbardziej jednak zdziwieni byli nasz kierowca i właściciel sklepu; skończyli swoje wywody, zadowoleni, że zamiast sklepu mogli turystom dostarczyć innej rozrywki. Wyobraziłam sobie później, jak ktoś u nas podobnie zareagowałby na krowę lub kozę - nie napiszę, co pomyślałabym o kimś takim. Nagle przy tym słoniu znalazło się chyba z czterech facetów, każdy coś do nas mówił w niezrozumiałym dla nas języku. Domyśliłam się, że chodzi o zdjęcia. Kiedy tak myślałam, Krzysiu już był koło słonia, a ja pstrykałam zdjęcia na oślep, bo nic nie było widać w ekranie aparatu. Zapytałam jednego chłopaka, czy nie ma tu węży. Odpowiedział „no, no snake” wyszczerzając przy tym swoje białe zęby. Później była moja kolej, nie byłam tak odważna jak Krzysiu, nie podeszłam tak blisko, bałam się tego potwora. Samth- nasz kierowca tuk-tuka opowiadał nam po całym zajściu, że słonie generalnie nie są niebezpieczne, ale trzeba uważać jak są w trakcie posiłku. Zgadnijcie, co akurat robił „nasz” słoń? Oczywiście jadł.

Słonie widzieliśmy jeszcze później, podczas podróży do Kendy. Co więcej, mieliśmy niezwykłą okazję przejechać się na słoniu. Nasza przewodniczka opowiadała nam, że są trzy miejsca na ziemi, gdzie jest to możliwe: Tajlandia, Indonezja i Sri Lanka. Jak się później okazało, całe szczęście, że nie było innej opcji jak wędrówka na słoniu nie w pojedynkę lecz w parze. Usiadłam za Krzysiem, przekonana, że przejażdżka ta będzie podobna do tej na wielbłądzie. Jak bardzo się myliłam…Małe przeszkody urozmaiciły nam tą krótką przygodę. Przed nami była niemała górka, na którą słoń musiał najpierw wejść a później, co gorsze, z niej zejść. Następnie weszliśmy na drogę, po której odbywał się normalny ruch drogowy, przejeżdżały auta, autobusy. Na słoniu byliśmy na poziomie okien autobusu, więc byliśmy fajną atrakcją dla przejeżdżających akurat turystów. W ich aparatach mamy sporo zdjęć na tym słoniu. Później „słonik” z nami na grzbiecie wszedł na mostek. Miałam wrażenie, że na tym mostku tylko ten jeden nasz słoń może się zmieścić. I tym razem byłam w błędzie. Naprzeciwko zobaczyliśmy drugiego olbrzyma, który wcale nie myślał ustąpić nam z drogi lub zaczekać, aż my przejdziemy. Przed nami było jeszcze zejście z górki, które jakoś nam się udało przeżyć, chociaż Krzysiu był prawie na głowie słonia, a ja na Krzysiu. Ciekawym doświadczeniem było również, kiedy słoń przyspieszył kroku. Mój tyłek podskakiwał z jakieś pól metra w górę. Słoń ma śmieszną sierść, pokrytą kłującymi włoskami. Ponieważ nie siedzieliśmy w koszyku, lecz na samej płachcie, czuliśmy te jego włoski na naszych nogach. Krzysiu miał dodatkową atrakcję w postaci masażu nóg przez ogromne uszy słonia, którymi poruszał w sposób jakby się wachlował. Głowa jego była ogromna. Kiedy się siedzi na słoniu widać tylko tą jego dużą głowę. Gdybym miała wybierać dłuższą podróż na słoniu czy na wielbłądzie, zdecydowanie wybrałabym tego drugiego. Mimo wszystko przeżycie niezapomniane, niezwykłe i bardzo fajne.

Dużo słoni widzieliśmy również w sierocińcu dla słoni w Pinnawela. Tu adoptowane są słoniki niechciane, znalezione sieroty lub pokrzywdzone przez los, jak np. słonica Sami, która straciła nogę przez minę. Reszta słoni wyglądała na zdrowe, ale mogę to stwierdzić tylko okiem laika. Z jakiegoś powodu były w schronisku. Piękny widok, który zachowam w pamięci do końca życia. Kiedy szliśmy tam, powiedziałam do Krzysia: „chciałabym mieć z Tobą zdjęcie, gdzie w tle będzie mnóstwo słoni - jak w folderach”. I mamy takie zdjęcie. Jest fantastyczne! Byliśmy tam do godziny dwunastej w południe, bo akurat o tej porze kończył im się czas na kąpiele. Przez schronisko przepływała rzeka Maha - Oya, w której te słoniki akurat zażywały kąpieli. W ciągu dnia kąpią się w godzinach 10-12, 14-16. Sprytne rozwiązanie. Taki dorosły słoń potrafi w ciągu dnia wypić ok. 700litrów wody i zjeść ok. 200kg pożywienia. Malutki słonik potrzebuje ok.200litrów dziennie mleka. W schronisku znajduję się około 60 słoni.

Słonie srilankijskie odgrywały dużą rolę przy budowie „Mostu na rzece Kwai” - wykorzystanego w tym właśnie filmie. Film nagrodzony Oskarem został nakręcony w tutejszej dżungli w roku 1957. Znany na całym świecie filmowy most znajduje się w wiosce Kitugala. Mieliśmy okazję również przejeżdżać przez niego w drodze do sierocińca 

Słonie widzieliśmy jeszcze później, podczas podróży do Kendy. Co więcej, mieliśmy niezwykłą okazję przejechać się na słoniu. Nasza przewodniczka opowiadała nam, że są trzy miejsca na ziemi, gdzie jest to możliwe: Tajlandia, Indonezja i Sri Lanka. Jak się później okazało, całe szczęście, że nie było innej opcji jak wędrówka na słoniu nie w pojedynkę lecz w parze. Usiadłam za Krzysiem, przekonana, że przejażdżka ta będzie podobna do tej na wielbłądzie. Jak bardzo się myliłam…Małe przeszkody urozmaiciły nam tą krótką przygodę. Przed nami była niemała górka, na którą słoń musiał najpierw wejść a później, co gorsze, z niej zejść. Następnie weszliśmy na drogę, po której odbywał się normalny ruch drogowy, przejeżdżały auta, autobusy. Na słoniu byliśmy na poziomie okien autobusu, więc byliśmy fajną atrakcją dla przejeżdżających akurat turystów. W ich aparatach mamy sporo zdjęć na tym słoniu. Później „słonik” z nami na grzbiecie wszedł na mostek. Miałam wrażenie, że na tym mostku tylko ten jeden nasz słoń może się zmieścić. I tym razem byłam w błędzie. Naprzeciwko zobaczyliśmy drugiego olbrzyma, który wcale nie myślał ustąpić nam z drogi lub zaczekać, aż my przejdziemy. Przed nami było jeszcze zejście z górki, które jakoś nam się udało przeżyć, chociaż Krzysiu był prawie na głowie słonia, a ja na Krzysiu. Ciekawym doświadczeniem było również, kiedy słoń przyspieszył kroku. Mój tyłek podskakiwał z jakieś pól metra w górę. Słoń ma śmieszną sierść, pokrytą kłującymi włoskami. Ponieważ nie siedzieliśmy w koszyku, lecz na samej płachcie, czuliśmy te jego włoski na naszych nogach. Krzysiu miał dodatkową atrakcję w postaci masażu nóg przez ogromne uszy słonia, którymi poruszał w sposób jakby się wachlował. Głowa jego była ogromna. Kiedy się siedzi na słoniu widać tylko tą jego dużą głowę. Gdybym miała wybierać dłuższą podróż na słoniu czy na wielbłądzie, zdecydowanie wybrałabym tego drugiego. Mimo wszystko przeżycie niezapomniane, niezwykłe i bardzo fajne.

Dużo słoni widzieliśmy również w sierocińcu dla słoni w Pinnawela. Tu adoptowane są słoniki niechciane, znalezione sieroty lub pokrzywdzone przez los, jak np. słonica Sami, która straciła nogę przez minę. Reszta słoni wyglądała na zdrowe, ale mogę to stwierdzić tylko okiem laika. Z jakiegoś powodu były w schronisku. Piękny widok, który zachowam w pamięci do końca życia. Kiedy szliśmy tam, powiedziałam do Krzysia: „chciałabym mieć z Tobą zdjęcie, gdzie w tle będzie mnóstwo słoni - jak w folderach”. I mamy takie zdjęcie. Jest fantastyczne! Byliśmy tam do godziny dwunastej w południe, bo akurat o tej porze kończył im się czas na kąpiele. Przez schronisko przepływała rzeka Maha - Oya, w której te słoniki akurat zażywały kąpieli. W ciągu dnia kąpią się w godzinach 10-12, 14-16. Sprytne rozwiązanie. Taki dorosły słoń potrafi w ciągu dnia wypić ok. 700litrów wody i zjeść ok. 200kg pożywienia. Malutki słonik potrzebuje ok.200litrów dziennie mleka. W schronisku znajduję się około 60 słoni.

Słonie srilankijskie odgrywały dużą rolę przy budowie „Mostu na rzece Kwai” - wykorzystanego w tym właśnie filmie. Film nagrodzony Oskarem został nakręcony w tutejszej dżungli w roku 1957. Znany na całym świecie filmowy most znajduje się w wiosce Kitugala. Mieliśmy okazję również przejeżdżać przez niego w drodze do sierocińca

Album użytkownika:

agim27 ~agim27, 2010-04-09 12:39

Tagi: azja, sri lanka

Wasze relacje

To zdjęcie posiada 0 komentarzy.

Musisz być zalogowany aby móc dodawać komentarze do zdjęć

O nas|Współpraca|Reklama|Kontakt|Regulamin
Copyright WyprawyMarzeń.pl ©2010