Wielka Brytania
Londyn kulinarnie
Panuje taki stereotyp, że w Anglii próżno szukać dobrego jedzenia. Tylko nieśmiertelne Fish and chips i angielskie śniadanie (fasolka, bekon, jajka, kiełbaski, grzanki). Coś w tym jest. Na szczęście jest jeszcze Londyn. Kulinarna rozpusta. Pojechaliśmy sprawdzić to na miejscu.
Zaczęliśmy oczywiście od hotelowego śniadania. Beznadzieja. Najsmaczniejszy był sok pomarańczowy. Później, na mieście, zamówiliśmy Fish and Chips. Wyjątkowe świństwo. Wszystko usmażone w głębokim, niezbyt świeżym oleju, a smak „potrawy” prześladuje żołądek do końca dnia. Jedynym wyjściem w tej sytuacji są restauracje serwujące kuchnie innych narodowości. A jest ich Londynie setki. W ciągu kilku dni nie sposób odwiedzić wszystkich, ale do kilku zajrzeliśmy.
Zaczęliśmy od hinduskiej, w naszym hotelu. Zjedliśmy zupę z soczewicy, kawałki baraniny z jogurtem, a także piersi kurczaka z migdałami. Wszystko okraszone fantastycznymi przyprawami i z dodatkiem ryżu. Raczej na pikantnie. Jeśli Wasze żołądki dobrze to znoszą, to polecamy. Bardzo dobre. Porcje ogromne. Ceny, jak na warunki angielskie i kieszeń polskiego turysty, przystępne.
Nazajutrz ruszyliśmy do Chinatown. Po przekroczeniu chińskiej bramy przy Gerrard Street, znaleźliśmy się w innym kraju. Mnóstwo świateł, straganów z warzywami i zgiełk jak w Pekinie. Szyld na restauracji był po chińsku, więc nie jesteśmy w stanie podać jej nazwy. W środku natomiast czekała na nas uczta. Spędziliśmy prawie 1,5 godziny. Chińczycy mówią, że wszystko co się rusza i co rodzi ziemia, nadaje się do jedzenia. Po przejrzeniu menu w pełni się z tym zgadzamy. Menu było grube jak książka.
Zamówiliśmy zestaw na dwie osoby, w którym był przekrój tego jedzą mieszkańcy państwa środka. Na stole znalazła się zupa rybna, ciasto ryżowe, 4 rodzaje makaronu, kaczka, kurczak, kawałki wieprzowiny, pędy bambusa i grzyby. Do tego sosy; imbirowy, sojowy z chili i kiełki soi. Było ciężko, ale zjedliśmy prawie wszystko. Ceny przystępne.
Po tak obfitym posiłku wolnym krokiem ruszyliśmy w głąb chińskiej dzielnicy. Restauracja na restauracji, do wyboru, do koloru. Do tego kilkadziesiąt sklepów z oryginalnymi wiktuałami. Znaleźliśmy nawet bar gdzie był chiński... szwedzki stół. Duże garnki wypełnione jedzeniem krążyły dookoła i każdy mógł nabrać sobie tyle jedzenia, ile był w stanie zjeść. Ceny bardzo przystępne.
Po tych orientalnych szaleństwach, następnego dnia skusiła nas sieć angielskich restauracji „Steak House”. Zamówiliśmy oczywiście steki. Zanim kelner przyniósł danie główne, na stole pojawiły się przystawki. A do nich, największa atrakcja, normalny chleb!!! Nie żadne obrzydliwe pszenne, bezsmakowe grzanki (serwowane bez opamiętania w londyńskich hotelach na śniadanie), ale prawdziwe pieczywo. Stek smakował wybornie. Ceny już mniej przystępne. Ale co tam. Być i nie spróbować?
Po tych przeżyciach postanowiliśmy w ostatni dzień spróbować kuchni włoskiej. Przechadzając się w dzielnicy Westminster, po ulicy Whitehall, zostaliśmy „wciągnięci” przez obsługę do restauracji „Zippi”. Zastanawialiśmy się głośno czy dobrze dają tu jeść. Nagle stojący kelner odezwał się do nas do polsku, że wyśmienicie i zaprasza do środka. Okazało się, że pan Kamil pochodzi spod Koszalina.
Zamówiliśmy dania główne i jako przystawkę talerz serów włoskich. Jeden z nich (Gota cheese) był po prostu wyjątkowy. Polecamy. Tak naprawdę, po zjedzeniu przystawek, powinniśmy zakończyć kolację (tyle tego było). Ale uczta dopiero się rozpoczynała i trwała grubo ponad godzinę. Wjechały tortellini funghi i wielka, jak rowerowe koło, pizza. Wypiliśmy do tego mnóstwo przepysznego wina. W doskonałych humorach opuściliśmy gościnny lokal. Ceny podobne jak w „Steak House”.
Tuż przed wyjazdem w domu towarowym Selfridges, odwiedziliśmy japoński bar szybkiej obsługi, gdzie podawane jest sushi. Przez cały lokal sunie taśma, na której znajduje się kilkaset różnokolorowych miseczek. Każdy kolor to inny zestaw. Taki trochę kombajn, ale zawartość miseczek wyśmienita. I bar ten cieszy się wielką popularnością, bo stale jest kolejka. Obsługa wyjątkowo sympatyczna i przystępne ceny (ok. 1,5 funta za miseczkę). Polecamy. Pewnie jeszcze wrócimy do Londynu, bo tego miasta nie sposób zobaczyć w kilka dni.
By, by.
jk
Zaczęliśmy oczywiście od hotelowego śniadania. Beznadzieja. Najsmaczniejszy był sok pomarańczowy. Później, na mieście, zamówiliśmy Fish and Chips. Wyjątkowe świństwo. Wszystko usmażone w głębokim, niezbyt świeżym oleju, a smak „potrawy” prześladuje żołądek do końca dnia. Jedynym wyjściem w tej sytuacji są restauracje serwujące kuchnie innych narodowości. A jest ich Londynie setki. W ciągu kilku dni nie sposób odwiedzić wszystkich, ale do kilku zajrzeliśmy.
Zaczęliśmy od hinduskiej, w naszym hotelu. Zjedliśmy zupę z soczewicy, kawałki baraniny z jogurtem, a także piersi kurczaka z migdałami. Wszystko okraszone fantastycznymi przyprawami i z dodatkiem ryżu. Raczej na pikantnie. Jeśli Wasze żołądki dobrze to znoszą, to polecamy. Bardzo dobre. Porcje ogromne. Ceny, jak na warunki angielskie i kieszeń polskiego turysty, przystępne.
Nazajutrz ruszyliśmy do Chinatown. Po przekroczeniu chińskiej bramy przy Gerrard Street, znaleźliśmy się w innym kraju. Mnóstwo świateł, straganów z warzywami i zgiełk jak w Pekinie. Szyld na restauracji był po chińsku, więc nie jesteśmy w stanie podać jej nazwy. W środku natomiast czekała na nas uczta. Spędziliśmy prawie 1,5 godziny. Chińczycy mówią, że wszystko co się rusza i co rodzi ziemia, nadaje się do jedzenia. Po przejrzeniu menu w pełni się z tym zgadzamy. Menu było grube jak książka.
Zamówiliśmy zestaw na dwie osoby, w którym był przekrój tego jedzą mieszkańcy państwa środka. Na stole znalazła się zupa rybna, ciasto ryżowe, 4 rodzaje makaronu, kaczka, kurczak, kawałki wieprzowiny, pędy bambusa i grzyby. Do tego sosy; imbirowy, sojowy z chili i kiełki soi. Było ciężko, ale zjedliśmy prawie wszystko. Ceny przystępne.
Po tak obfitym posiłku wolnym krokiem ruszyliśmy w głąb chińskiej dzielnicy. Restauracja na restauracji, do wyboru, do koloru. Do tego kilkadziesiąt sklepów z oryginalnymi wiktuałami. Znaleźliśmy nawet bar gdzie był chiński... szwedzki stół. Duże garnki wypełnione jedzeniem krążyły dookoła i każdy mógł nabrać sobie tyle jedzenia, ile był w stanie zjeść. Ceny bardzo przystępne.
Po tych orientalnych szaleństwach, następnego dnia skusiła nas sieć angielskich restauracji „Steak House”. Zamówiliśmy oczywiście steki. Zanim kelner przyniósł danie główne, na stole pojawiły się przystawki. A do nich, największa atrakcja, normalny chleb!!! Nie żadne obrzydliwe pszenne, bezsmakowe grzanki (serwowane bez opamiętania w londyńskich hotelach na śniadanie), ale prawdziwe pieczywo. Stek smakował wybornie. Ceny już mniej przystępne. Ale co tam. Być i nie spróbować?
Po tych przeżyciach postanowiliśmy w ostatni dzień spróbować kuchni włoskiej. Przechadzając się w dzielnicy Westminster, po ulicy Whitehall, zostaliśmy „wciągnięci” przez obsługę do restauracji „Zippi”. Zastanawialiśmy się głośno czy dobrze dają tu jeść. Nagle stojący kelner odezwał się do nas do polsku, że wyśmienicie i zaprasza do środka. Okazało się, że pan Kamil pochodzi spod Koszalina.
Zamówiliśmy dania główne i jako przystawkę talerz serów włoskich. Jeden z nich (Gota cheese) był po prostu wyjątkowy. Polecamy. Tak naprawdę, po zjedzeniu przystawek, powinniśmy zakończyć kolację (tyle tego było). Ale uczta dopiero się rozpoczynała i trwała grubo ponad godzinę. Wjechały tortellini funghi i wielka, jak rowerowe koło, pizza. Wypiliśmy do tego mnóstwo przepysznego wina. W doskonałych humorach opuściliśmy gościnny lokal. Ceny podobne jak w „Steak House”.
Tuż przed wyjazdem w domu towarowym Selfridges, odwiedziliśmy japoński bar szybkiej obsługi, gdzie podawane jest sushi. Przez cały lokal sunie taśma, na której znajduje się kilkaset różnokolorowych miseczek. Każdy kolor to inny zestaw. Taki trochę kombajn, ale zawartość miseczek wyśmienita. I bar ten cieszy się wielką popularnością, bo stale jest kolejka. Obsługa wyjątkowo sympatyczna i przystępne ceny (ok. 1,5 funta za miseczkę). Polecamy. Pewnie jeszcze wrócimy do Londynu, bo tego miasta nie sposób zobaczyć w kilka dni.
By, by.
jk
Forum
-
Nowy Sherlock Holmes [ Vega, 2010-01-19 00:06 ]






